Wyrazić siebie - czyli o tym, co dla muzyka najważniejsze

Dla każdego muzyka niezwykle ważne jest, by móc się wyrazić za pomocą dźwięków. Marek Konarski gra już kilkanaście lat na saksofonie i zebrał przez ten czas różne muzyczne doświadczenia. Jednak rzadko grał muzykę, z którą się w pełni identyfikuje. Niedawno wydał w końcu swoją pierwszą autorską płytę i może się podpisać pod każdym tam zagranym dźwiękiem.

 

Skąd pomysł na saksofon?

Trochę przypadkowo. W podstawówce graliśmy na fletach, stąd w ogóle pomysł na odkrycie słuchu muzycznego. Ale taki był po prostu wymóg. Tata powiedział mi, że jest prowadzony nabór do orkiestry dętej OSP Siedlice. Mogliśmy wybrać sobie jakikolwiek instrument. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, gdy zobaczyłem cały wachlarz instrumentów, to był saksofon. Tak się zaczęło i tak to już zostało. Jak startowaliśmy to było kilkanaście osób chcących się uczyć, po kilku latach zostałem sam z tym saksofonem. Po pierwszym miesiącu granie już wiedziałem, że chcę to robić. Na tym etapie jeszcze nie myślałem o tym, że będę grać profesjonalnie, ale sprawiało mi to przyjemność. Dodatkowo jeszcze koleżanki mi mówiły, że saksofon to taki fajny instrument, sexy i w ogóle. Wtedy jeszcze nie patrzałem na to w ten sposób, ale tylko utwierdziły mnie w tym wyborze. No i jeszcze cały zamysł i technika gry była podobna jak przy flecie.

Grasz już dość długo, miałeś do czynienia z różnymi gatunkami muzycznymi. Jakie doświadczenie zdobyłeś przez ten czas?

W orkiestrze dętej było głównie granie marszowe, typowo orkiestrowe, gdzie pojawiały się też covery, czy adaptacje muzyki filmowej. Później były wesela i dużo muzyki popowej czy disco-polo. Ale niczego się nie wstydzę. To była dla mnie dobra szkoła, zwłaszcza w obyciu się z publiką. Pojawiła się też improwizacja, bo na weselach przecież nie grałem z nut, wszystko opierało się na słuchu. Teraz świadomie bym nie wybrał takiego gatunku, ale wtedy sprawiało mi to przyjemność, a jeszcze przynosiło zarobek. Potem graliśmy reggae z zespołem Creska w Gorzowie. Później zetknąłem się z muzyką klasyczną, bo poszedłem w końcu do szkoły muzycznej. Zanim zacząłem naukę, przyszedłem na egzaminy wstępne. Wszyscy grali tam jakieś utwory klasyczne, a ja nie wiedziałem jak do tego podejść, dlatego zagrałem na saksofonie „Yesterday” Beatlesów. Chociaż słuchałem innych saksofonistów jazzowych i rozrywkowych i już słyszałem, że to brzmienie klasyczne mocno odbiega od tego, jak ja chcę brzmieć.

W tym samym czasie, w szkole gimnazjalnej, zacząłem uczęszczać na Małą Akademię Jazzu. Tam się poznaliśmy z Bogusiem Dziekańskim, tam zacząłem poznawać muzykę jazzową. Zainteresowałem się Jazz Clubem. Podszedłem do Bogusia Dziekańskiego i powiedziałem, że też gram na saksofonie. Od razu dostałem zaproszenie do klubu na koncert.

Nie lubię szufladkowania muzyki, bo dzisiaj zaczęło się to wszystko łączyć. Dla mnie to jest tylko dobra lub zła muzyka. Gdybym został zaproszony teraz do zagrania solówki z zespołem reggaeowym, to z chęcią bym się tego podjął.

Czym jest dla ciebie autorska płyta?

To jest opis mojego dotychczasowego życia. Wskazują nawet na to tytuły utworów. „Marika” – to moja narzeczona, która wprowadziła sporo zmian w moim życiu, osoba bardzo wrażliwa na muzykę, dzięki niej znów zacząłem słuchać więcej muzyki klasycznej.  „Helsinki” to nawiązanie w ogóle do Skandynawii, w której mieszkałem, co odcisnęło na mnie silny wpływ w mojej osobowości, na to jak gram. „Highlands blues” to powrót do korzeni muzyki, jak w ogóle cała płyta o nazwie „Konarski & Folks”, która jest w całości inspirowana folkiem. Blues jako podstawa muzyki jazzowej w połączeniu z melodiami góralskimi to trochę kwintesencja tego albumu. Każdy utwór ma tu dla mnie jakieś znaczenie.

Nagrałem kilka płyt z różnymi muzykami, ale zawsze czułem, że nie mogę tak do końca pokazać siebie, bo np. nie pasowały mi do końca te utwory, czy stylistyka, która była czasem bardzo jazzowa, a ja już nie czułem jej tak, jak na studiach. Teraz czuję, że jest to coś, z czym identyfikuję się w stu procentach.

Żaden z utworów nie był napisany z myślą o powstaniu płyty, bo były skomponowane w różnym czasie, jeden z nich jeszcze w 2014 roku. Grałem je na koncertach i niektóre były bardzo dobrze przyjmowane przez publiczność. Jakiś czas temu pojawiały się częściej pytania o płytę, dlatego pomyślałem, że już czas. Utwory były napisane, muzyków też miałem zaprzyjaźnionych, z którymi bardzo dobrze się dogaduję. Przyszła pandemia, trudny czas dla wszystkich, dla artystów także. Było więc sporo czasu na przemyślenie tego projektu.

Jest to trochę odejście od jazzu przeintelektualizowanego, a powrót do takiego fundamentu muzyki jak dla mnie, czyli melodii, której tak dzisiaj brakuje w jazzie. Ludzie o tym zapominają. Ja oczywiście zawarłem wiele skomplikowanych informacji muzycznych, ale starałem się podać je w prosty sposób. Tak, żeby nie trzeba było liczyć, że utwór jest np. w metrum 11/4, tylko tak skonstruować te struktury melodyczne, harmoniczne i rytmiczne, żeby to było przyjemne, żeby była to płyta z dobrą muzyką. Jeśli ktoś chce to nazwać płytą folkową – ok, ja nie mam z tym problemu. Jeśli jazzową – też nie. Jestem z niej bardzo zadowolony. Podpisuję się pod każdym dźwiękiem i to pierwszy raz, kiedy coś takiego czuję.

Jest to zamknięcie jakiegoś rozdziału, no i cóż… otwieramy kolejny. Nie obiecuję żadnej płyty, ale zobaczymy.

Rozmawiamy w Jazz Clubie Pod Filarami. Jakie znaczenie dla twojej kariery miało to miejsce i ludzie z nim związani?

To jest mój taki muzyczny dom. Często, jak wracam do Gorzowa, to zawsze myślę o tym  domie rodzinnym, ale zdarza się, że nie mam czasu do niego pojechać. Ale tu i tak jestem w domu, bo jestem w Jazz Clubie. Mam tu osobą, która w moim życiu odegrała ważną rolę mentora - Boguś Dziekański, który od początku mnie wspierał. Na początku było udostępnienie miejsca na próby, pierwsze koncerty, nawet motywowanie do działania. Bo Boguś często mówił „Ucz się, graj z kim tylko możesz”. Jak przyjechali jacyś muzycy, do Boguś dzwonił i mówił „Marek, przyjedź, zagrasz z nimi, ja to załatwię, nawet jeden utwór, ale przyjedź”. Ludzie pracujący w Jazz Clubie też są dla mnie jak przyjaciele. Mimo różnicy wieku, mówimy sobie na „ty” i możemy zawsze pogadać. Jazz Clubem jest zatem moim domem, miejscem nauki, miejscem, gdzie teraz ja innych uczę. Bo historia zatoczyła koło i dzisiaj tutaj sam prowadzę zajęcia z Małej Akademii Jazzu. Przeszedłem tutaj wszystkie etapy profesjonalnego muzyka.

Jan Wojtanowski

fot. Łukasz Bernas

 

Tekst ukazał się w numerze 4/263 GWS, który można przeczytać w całości w wersji elektronicznej tutaj.

powrót
DO GÓRY
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Ok
Twoja przeglądarka blokuje powiadomienia. Kliknij Bezpieczna (Secure) i kliknij Zezwalaj
Dziękujemy, teraz zawsze będziesz na bieżąco!
Przeglądasz tę stronę w trybie offline.
Przeglądasz tę stronę w trybie online.