Gorzów to mój dom

Wiktoria Keller, pochodząca ze Szczecina, wychowanka Akademickiego Związku Sportowego Akademii im. Jakuba z Paradyża to medalistka zarówno młodzieżowych i seniorskich rozgrywek o mistrzostwo Polski. Krótko po tym, jak dołączyła do pierwszej drużyny, złapała kontuzję, która wyeliminowała ją z gry na blisko dwa lata. Choć rokowania nie były optymistyczne, wróciła na parkiet i dziś przygotowuje się do kolejnego sezonu w Energa Basket Lidze.

Jaka jest Twoja najgorsza liczba i dlaczego jest to 668?

To raczej moja szczęśliwa liczba, bo jednak po tylu dniach wróciłam na parkiet koszykarski, choć według paru znanych ortopedów, nigdy już nie miałam zagrać w koszykówkę.

Rokowania i prognozy były złe, ale jaki był dokładny powód Twojej absencji?

Przeszłam operację stawu skokowego, w której doszło do zakażenia. Bakteria wdała się do szpiku kostnego i przez to musiałam przejść jeszcze trzy kolejne operacje, serie szczepień i innych zabiegów. Najgorsze jest to, że ta pierwsza operacja wcale nie była potrzebna, ale to okazało się już po fakcie. Błąd w sztuce lekarskiej…

Kontuzja miała potrwać kilka miesięcy. Niestety Ty musiałaś rozstać się z koszykówką na blisko dwa lata. Jakie to uczucie wrócić na parkiet po takim czasie?

Spełnienie. Czułam, że odzyskałam to, co moje.

Pochodzisz ze Szczecina, skąd Twoja obecność w Gorzowie Wielkopolskim?

Po ukończeniu gimnazjum w Szczecinie, nie miałam już żadnej dalszej możliwości rozwoju. Do tego czasu coś tam zaczęło mi wychodzić w tej koszykówce, dostałam się do Liceum Mistrzostwa Sportowego w Łomiankach, co było marzeniem wielu moich rówieśniczek. Ostatecznie jednak, za sugestią rodziców, wybrałam Gorzów Wielkopolski, w dużej mierze ze względu na szkołę. Z perspektywy czasu myślę, że to najlepsza decyzja, jaką mogłam wtedy podjąć.

Też uważamy, że to bardzo dobra decyzja. Czy dziś czujesz się już gorzowianką? Gorzowscy kibice kojarzą Cię jako utalentowaną wychowankę naszego klubu.

W Gorzowie pierwszy raz poczułam taką samodzielność i wolność. To tu zrozumiałam, że to ja jestem odpowiedzialna za swoje życie. Gorzów to mój dom. Szczecin to dom moich rodziców, do którego kocham wracać. Jednak to właśnie w Szczecinie wszystko się zaczęło i to trener Steciuk zaszczepił we mnie miłość do koszykówki, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. Oj, choć treningi z nim to dopiero była lekcja życia (śmiech).

Co poczułaś, gdy trener Maciejewski zaprosił cię na trening pierwszej drużyny? To było zaskoczenie, czy jednak z uwagi na to jak prowadzona była Twoja droga w klubie, spodziewałaś się tego powołania?

Początkowo trenowałam z pierwszą drużyną, tylko w sytuacji, gdy któraś z dziewczyn miała problemy zdrowotne i szczerze mówiąc, nienawidziłam tych treningów. Przeskok poziomów, wszystko po angielsku, gubiłam się na każdym kroku i wstydziłam rozmawiać z zagranicznymi koleżankami. Później zaczęłam jeździć na mecze jako jedenasta, dodatkowa zawodniczka. Nie byłam tam po to, żeby pomóc dziewczynom na boisku, a oswoić się i wdrażać. To było dla mnie duże wyróżnienie i cenne doświadczenie. W kolejnym sezonie już odgrywałam ważniejszą rolę na boisku i chcę, żeby to szło w tę stronę.

Trzeba przyznać, że na boisku szło Ci naprawdę dobrze, bo po dwóch latach okupionych kontuzją kibice stęsknili się za Tobą. Czego spodziewasz się w nadchodzącym sezonie?

Chce wygrywać każdy mecz. Jeśli będziemy ciężko pracować i stworzymy zespół, to możemy być nie do zatrzymania. Na razie jednak, to tylko "gdybanie". Boisko i czas zweryfikują wszystko.

A indywidualnie? Coś chciałabyś poprawić? Wywalczyć więcej minut? Jak to widzisz?

Chcę piąć się w górę i realizować swoje marzenia koszykarskie. W młodzieżowych ligach szło mi tak dobrze, bo trening po treningu, mecz po meczu, wypracowywałam sobie zaufanie trenera i drużyny. Za tym idzie większa swoboda na boisku i większy margines błędu. Chcę być dobrą i pewną zawodniczką ekstraklasową, a nie młodą Polką „pod przepisem”. Wierzę, że ciężka praca da mi pewność siebie i umiejętności, by to osiągnąć.

Czego życzyć Wiktorii Keller? Gry z orzełkiem, zainteresowania ze strony mocniejszych europejskich klubów, może WNBA?

Życzyć zdrowia, reszta jest w moich rękach.

W takim razie życzę zdrowia i z niecierpliwością oczekuję najbliższego meczu AZS AJP.

Dziękuję bardzo!

 

Dawid Kuraszkiewicz

fot. Jan Wojtanowski

 

powrót
DO GÓRY
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Ok
Twoja przeglądarka blokuje powiadomienia. Kliknij Bezpieczna (Secure) i kliknij Zezwalaj
Dziękujemy, teraz zawsze będziesz na bieżąco!
Przeglądasz tę stronę w trybie offline.
Przeglądasz tę stronę w trybie online.