
Człowiek, który całe swoje dorosłe życie poświęcił na działalność artystyczną. Wybitny pedagog, który w sposób szczególny dąży do tego, aby przekazywać swoim uczniom nie tylko umiejętności, ale i wartości, jak wrażliwość na sztukę, sumienność, wytrwałość. Twórca wielu przedsięwzięć artystycznych na terenie Gorzowa, w kraju i zagranicą. Muzyk, artysta, wizjoner. 2 lipca 2022 roku Czesław Ganda został honorowym obywatelem Gorzowa Wielkopolskiego.
Czy z domu rodzinnego wyniósł Pan wrażliwość na sztukę?
Tak, mama każdy dzień witała śpiewem krzątając się po domu. Tata lubił śpiewać piosenki patriotyczne oraz popularne z początku XX wieku.
Z czego wynikał patriotyzm w Pańskim domu?
Patriotyzm zawsze był obecny w moim domu rodzinnym. Dużo się śpiewało, a tam, gdzie się pojawiała muzyka, będąc dzieckiem – byłem zasłuchany, chłonąłem melodie i fascynowałem się magią dźwięku.
Ojciec brał udział w Powstaniu Wielkopolskim oraz w Bitwie Warszawskiej w 1920 roku. W 1939 roku brał udział w bitwie nad Bzurą. W czasie II wojny światowej musiał ukrywać się przed Niemcami. Mieszkając w Wielkopolsce, musiał liczyć się z tym, że tamtejsze tereny zamieszkiwali Niemcy i w każdej chwili mógł zostać zdemaskowany. Czasem opowiadał o szczegółach, których nie sposób było poznać w książkach.
Czy fascynacja muzyką ukierunkowała Pańskie plany na przyszłość?
Poszedłem do liceum pedagogicznego, gdzie jednym z podstawowych przedmiotów była muzyka. W Liceum Pedagogicznym w Sulechowie miałem możliwość nauki gry na skrzypcach, dodatkowo zacząłem ćwiczyć grę na klarnecie. Przede wszystkim miałem ten zaszczyt trafić na dobrych nauczycieli, którzy dostrzegali we mnie „to coś”, a ja nie do końca byłem świadom swojego talentu. Pedagodzy zachęcali mnie do dodatkowych zajęć, związanych z szeroko pojętą sztuką, a ja chętnie brałem w nich udział.
Liceum dało Panu podstawy na temat sztuki, pedagogiki. Czy kontynuował Pan naukę w tych dziedzinach?
W Studium Nauczycielskim w Gorzowie miałem szczęście do doskonałych wykładowców. Dziekanem był prof. Franciszek Czarnecki, który potrafił dotrzeć do nas, by zaszczepić wiedzę. Podczas studiów dalej kontynuowałem grę na skrzypcach oraz klarnecie. Grałem w orkiestrze SN na skrzypcach, śpiewałem w chórze 4 głosowym, a na klarnecie w zespole preferującym muzykę rozrywkową i taneczną oraz w kwintecie jazzowym. Muzyka była wszędzie. Doskonalenie umiejętności było kontynuowane na drugim stopniu.
Można nauczyć się poczucia rytmu?
Poprawić – rzeczywiście można, to nie ulega wątpliwości. Jako pedagog, robiłem pewne próby, przeprowadzałem doświadczenia ze swoimi uczniami. Szkoliłem nawet tych, którzy śpiewali nieczysto i trochę nierytmicznie. Udało się wydobyć u nich czysty dźwięk i poprawić poczucie rytmu. Były to lekcje indywidualne.
Pana pierwsza praca?
Zostałem nauczycielem nowopowstałej Szkoły Podstawowej nr 2 w Gorzowie Wlkp. Zaskoczyło mnie (jak na owe czasy) wyposażenie gabinetu muzycznego: w sprzęt, materiały muzyczne oraz urządzenia do nagrywania i odtwarzania muzyki. Każdy mój uczeń potrafił grać na dzwonkach diatonicznych, chromatycznych albo na flecie prostym. Jeśli jacyś uczniowie mieli z tym trudność, poświęcałem im dodatkowy czas, by ćwiczyć na tych instrumentach. Mieliśmy obopólną radość, gdy udało się poprawnie zagrać melodię. Lekcje muzyki prowadziłem z uczniami w klasach od I do VIII (razem około 600 uczniów). Ponadto po lekcjach prowadziłem chór 3-głosowy, zespół wokalny, a z dziećmi klas I-III zespół perkusyjny i zespół kameralny. Równolegle miałem lekcje muzyki w I Liceum Ogólnokształcącym w Gorzowie Wlkp., Technikum Budowlanym w Gorzowie Wlkp. gdzie prowadziłem zespół wokalny, który odnosił sukcesy na terenie województwa i kraju.
Edukacja muzyczna w Gorzowie zaczęła się prężnie rozwijać. Nie ulega wątpliwości, że uczestniczył Pan w tym procesie.
Pod koniec lat 70. XX w. podjąłem pracę w Zakładowym Domu Kultury „Chemik” Zakładów Włókien Chemicznych Stilon jako szef działu artystycznego. Sprawowałem opiekę artystyczną nad zespołami działającymi przy „Chemiku” oraz współuczestniczyłem w organizowaniu koncertów adresowanych do pracowników „Stilonu” i ich rodzin. W 1981 roku powstało Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury, którego pomysłodawcą i pierwszą przewodniczącą była pracownica ZWCH „Stilonu” – Maria Przybylak, a od 1988 roku do chwili obecnej jestem prezesem tego stowarzyszenia. W tamtym czasie znaczącym wyróżnieniem dla mnie było zorganizowanie ważnego dla naszego miasta wydarzenia.
Jakie to było wydarzenie?
Firma „Toray” budowała w „Stilonie” duży zakład Kordu. Na uroczyste przekazanie inwestycji przyjechał z Tokio prezes koncernu wraz z delegacją. Z tej okazji na zamku w Lubniewicach zorganizowałem koncert chopinowski, na który udało mi się zaprosić dwie japońskie pianistki po tokijskim konserwatorium, które w Akademii Muzycznej w Warszawie przebywały na kursach mistrzowskich u prof. Reginy Smendzianki. Koncert został odebrany owacyjnie, a prezes firmy „Toray” wstał i zaśpiewał fragment preludium Chopina.
Czy ma Pan szczególne upodobania względem nośników, które odtwarzają muzykę?
Praca w studio w dzisiejszych czasach daje więcej możliwości, można nagrywać fragmenty, ucinać, dodawać, poprawić intonację, modyfikować i dopiero po tych zmianach wypuścić gotowy materiał na płycie CD. Natomiast jeśli chodzi o płyty winylowe, to chcąc przystąpić do nagrania należało być przygotowanym. Dźwięk z płyty winylowej jest bardziej plastyczny. Mam wiele różnych płyt winylowych, dobrze nagranych, mają one swój walor, jest naturalny. Jednak najbardziej lubię muzykę na żywo.
Które koncerty zapisały się w sposób szczególny w Pana pamięci ?
Koncert Agnieszki Duczmal, Symphonie Varsovia, którą dyrygował Jerzy Maksymiuk, chór Poznańskie Słowiki, pod dyrekcją Stefana Stuligrosza. Koncert symfoniczny w wykonaniu Wielkiej Orkiestry Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Antoniego Wita w Teatrze Wielkim w Warszawie. „Tosca” Pucciniego w Teatrze Operowym w Berlinie, „Jezioro Łabędzie” Piotra Czajkowskiego w Akademickim Teatrze Opery i Baletu w Leningradzie.
Bardzo pozytywnie wspominam również półfinały Konkursu Chopinowskiego w Filharmonii Narodowej. Koncerty z muzyką rozrywkową w wykonaniu orkiestry pod batutą Stefana Rachonia, Henryka Debicha, Alex Band i Orkiestry Polskiego Radia i Telewizji w Poznaniu pod dyrekcją Zbigniewa Górnego z plejadą doskonałych solistów wokalistów. Myślę, że mógłbym wymienić o wiele więcej. Obcowanie z muzyką na żywo jest dla mnie bardzo ważne.
Które z Pańskich działań wspomina Pan najlepiej?
Na jednym nie sposób się skupić. Pracując przy realizacji działania artystycznego, niejednokrotnie rodził się nowy pomysł na kolejne przedsięwzięcie. Po okresie transformacji ustrojowej nastąpił boom na kapele rockowe. W Miejskim Centrum Kultury ćwiczyło od 10 do 13 zespołów rockowych, z którymi prowadziłem konsultacje. Wspólnie z dyrektorką MCK Ewą Hornik oraz grupą pracowników przez kilka lat realizowaliśmy Gorzowski Przegląd Kapel Rockowych. Przed 40 laty zainicjowałem w RSTK organizację Interdyscyplinarnych Warsztatów Artystycznych, w których biorą udział literaci, plastycy, muzycy, fotograficy, filmowcy z kraju i z zagranicy. W opinii konsultantów, specjalistów warsztaty są zaliczane do najlepszych w kraju, a jednocześnie są ewenementem w skali europejskiej. Zadowolony byłem z cyklu koncertowego „Polihymnia w Emceka” w Miejskim Centrum Kultury. Wspólnie z Wydziałem Edukacji zainicjowaliśmy edukację muzyczną dzieci w przedszkolach, szkołach podstawowych oraz gimnazjach. Dzięki wsparciu finansowym Miasta dzieci płaciły symboliczne 2 złote za bilet. Przez trzynaście lat działalności zorganizowaliśmy 191 koncertów, obejrzało je 41 tysięcy dzieci i młodzieży.
A skąd pomysł na Alte Kameraden?
Z okazji 750. rocznicy nadania praw miejskich władze Gorzowa chciały zorganizować wyjątkowe uroczystości. Choć sam pomysł zrodził się nieco wcześniej, zaczerpnąłem go z Włoch. Będąc w San Remo podziwiałem Święto Kwiatów. Przepiękny korowód scen rodzajowych, ułożonych z kolorowych kwiatów, a przed nim grające orkiestry dęte. Komisja oceniała nie tylko wystawy kwiatowe, ale także występy orkiestr. Po rozmowach z prezydentem miasta Tadeuszem Jędrzejczakiem, dyrektorką MCK Ewą Hornik, kapelmistrzem Gorzowskiej Orkiestry Dętej Bolesławem Malickim, postanowiliśmy, że w naszym mieście zorganizujemy spotkania orkiestr dętych z udziałem orkiestr z kraju i zagranicy. Bo przecież w naszym mieście żył i pracował Carl Taike, twórca popularnego marszu Alte Kameraden. Stąd właśnie nazwa. Był zatem wzorzec, powstał festiwal, a gorzowianie go polubili.
Co poradziłby Pan początkującym artystom?
Dróg jest wiele, talent i praca to podstawa. Dochodzić do wymarzonego efektu można przede wszystkim poprzez ciężką, żmudną pracę. Mówią, że każdy może być kowalem swojego szczęścia. Jednak w dziedzinie sztuki trzeba jeszcze mieć to coś, coś co zagra w duszy.
Klaudia Guszpit
fot. Jan Wojtanowski