
Malarz, scenograf, a ostatnio kurator wystaw. Gustaw Nawrocki od września pełni jednak zupełnie nową funkcję – dyrektora Miejskiego Ośrodka Sztuki, z którym związany jest od wielu lat.
MOS to …? Jak rozwinąłby pan ten skrót?
Miasto, Otoczenie, Sztuka – to rozwinięcie skrótu MOS, które określa profil działalności naszej instytucji, powołanej do upowszechniania sztuki współczesnej i filmu. Słowa te charakteryzują priorytety naszych działań, skierowanych przede wszystkim do gorzowskiej publiczności, ale zauważalnych i docenianych w kraju i zagranicą. Dla mnie MOS, a do 2002 roku BWA (Biuro Wystaw Artystycznych – przyp. red.) jest bardzo ważnym miejscem, z którym jestem mocno związany od początku istnienia tej instytucji. Jako młody chłopak, uczeń liceum, przychodziłem w marynarce i pod krawatem na wernisaże i wykłady, w drugiej połowie lat 80. zacząłem tam wystawiać swoje płótna, w następnej dekadzie współpracowałem, jako prezes oddziału Związku Polskich Artystów Plastyków, z Jerzym Gąsiorkiem, przy organizacji „Salonów Jesiennych”, a od 2006 jest to moje miejsce pracy. To wyjątkowa instytucja, pełna wspomnień o fantastycznych ludziach, którzy ją tworzyli, świetnych wystawach i artystach tu wystawiających. Szczególnie naznaczona osobą Władysława Hasiora, którego 32 asamblaże (rzeźby stworzone z przedmiotów codziennego użytku – przyp. red.) znajdują się w naszych zbiorach. To bezcenna kolekcja, ciągle inspirująca artystów, kuratorów i gorzowską publiczność. Pamiętam spotkanie z Hasiorem, po wernisażu wystawy w 1991 roku – doświadczenie kontaktu z niezwykłym artystą i jego refleksją o polskiej rzeczywistości lat 70. i 80.
Wspomniał pan o współpracy z Jerzym Gąsiorkiem w czasie, kiedy był dyrektorem BWA. Minęło wiele lat, czy obecny MOS to nadal ta sama instytucja?
Od powstania instytucji mija 41 lat. W tym czasie zmieniło się wszystko: ustrój, publiczność, artyści, mass media, sposoby komunikowania się etc. Zmieniła się też sama sztuka, która wykorzystuje coraz nowocześniejsze środki przekazu. Jeśli chodzi o MOS, program działania instytucji jest szerszy niż ówczesnego BWA. Oprócz działalności stricte wystawienniczej świetnie funkcjonuje Kino 60 Krzeseł, DKF Megaron. Realizujemy też bardzo dużo projektów edukacyjnych: Warsztaty Sztuki „Karuzela”, „Sztuko-wanie”, „Sztuko(s)twory” i Interdyscyplinarną Akademię Audiowizualną. Jest też cała sfera działań online, o której wtedy nikt nie śnił. Jeśli chodzi o infrastrukturę, to Jerzy Gąsiorek miał do dyspozycji jedną salę wystawową, Małą Galerię na Chrobrego i niewielkie pomieszczenia biurowe. Aktualnie dysponujemy wieloma pomieszczeniami ekspozycyjnymi - salą główną i pięcioma mniejszymi, w których prezentujemy sztukę. Mamy też salę multimedialną, konferencyjną, edukacyjną i kawiarenkę, w której spotyka się DKF. Kino 60 krzeseł przeszło kolejny etap modernizacji i jest teraz jednym z najnowocześniejszych studyjnych sal projekcyjnych w Polsce. Wielu gości odwiedzających naszą instytucję po raz pierwszy jest zaskoczonych „pojemnością” MOS, który z zewnątrz nie wygląda imponująco.
Był pan kuratorem, kierownikiem, teraz otwieramy nowy rozdział, pod nazwą: „dyrektor”. Co się zmieni w MOS, co zmieni się w pana sposobie pracy?
Z pewnością objęcie stanowiska dyrektora, wiąże się z przyjęciem większej odpowiedzialności, wynikającej z szeregu nowych obowiązków, takich jak m. in. planowanie i rozliczanie budżetu MOS, inwestycje, remonty, sprawy pracownicze i wiele kwestii dotyczących funkcjonowania instytucji. Mam świadomość, że wiele spośród czekających mnie zadań będzie wymagało ściślejszej współpracy z zespołem MOS. Zauważyłem, że wśród pracowników jest jeszcze ukryty i niewykorzystany potencjał. Jestem przekonany, że otwarte relacje i rozwijanie potencjału tkwiącego w zespole, wytworzy synergię sprzyjającą dalszemu rozwojowi instytucji, a dobra współpraca z innymi instytucjami kultury i władzami miasta wpłynie na jakość naszych propozycji programowych.
Tuż za ogrodzeniem MOS powstaje nowe osiedle, co pan na to?
To z pewnością duża szansa na dobre sąsiedztwo w przyszłości, bo na razie inwestycja jest na etapie wylewania fundamentów. Pomyślimy między innymi nad dodatkową, skierowaną do dzieci ofertą. A z najmłodszymi trafią do nas ich rodzice. Liczę na zwykłą, ludzką ciekawość – sąsiad chce poznać sąsiada. To jest opcja dla MOS, ale i dla nowych mieszkańców; będą mogli przyprowadzić dzieci na ciekawe zajęcia edukacyjne, a przy okazji obejrzeć wystawę, przyjść na wykład, spotkanie z artystą lub do naszego kina, na ciekawy film.
Co przed nami w najbliższym czasie, jakie ma pan pomysły?
W październiku zapraszam na wystawę Jany Shostak, polsko-białoruskiej artystki i aktywistki. Jest o niej ostatnio bardzo głośno w mediach z powodu jej zaangażowania w walkę o wolność Białorusi. Umawiam się z Janą na realizację jej projektu w Gorzowie od dwóch lat. Z powodu pandemii musieliśmy termin wystawy przesunąć. Mam nadzieje, że nic nie stanie tym razem na przeszkodzie i Jana Shostak do MOS przyjedzie. Na przełomie listopada i grudnia odbędzie się Salon Jesienny – wystawa, która też została w zeszłym roku odwołana. Następnie Grzegorz Kozera przedstawi swój Montaż wystawienniczy, wystawę inspirowaną naszą kolekcją asamblaży Władysława Hasiora. W swojej koncepcji rozwoju MOS na lata 2021-2024 zawarłem projekty związane z przypomnieniem artystów działających w Gorzowie w czasach powojennych. Pierwszym z nich będzie Andrzej Gordon, którego uważam za najciekawszego malarza tworzącego w Gorzowie. Tak się składa, że w przyszłym roku minie 30 lat od jego śmierci. Chcę trochę inaczej zaprezentować dorobek Andrzeja, zbudować narrację skupiającą się na motywie ukrzyżowania, który był jednym z najbardziej intrygujących tematów w jego malarstwie. Jestem teraz na etapie ustalania harmonogramu wystaw i wydarzeń na przyszły rok i następny. Moim największym marzeniem jest wystawa poświęcona twórczości „Gruppy”, formacji niezwykle ważnej w historii sztuki polskiej, pod roboczym tytułem „Gruppa na papierze”. Do tej pory wystawy w MOS mieli: Ryszard Grzyb, Paweł Kowalewski, Jarosław Modzelewski, Marek Sobczyk i Ryszard Woźniak.
Wciąż pracujemy nad tym, aby MOS odwiedzało coraz więcej mieszkańców i gości. Jaki ma pan na to sposób?
W czasie pandemii, przez kilka miesięcy, MOS był niedostępny dla publiczności. Wystawy były dostępne online, jednak nawet najlepszy materiał zamieszczony w sieci nie zastąpi kontaktu ze sztuką na żywo. Część naszej „starej” publiczności na razie do nas nie wróciła, młode pokolenie też nie pojawia się w galerii. Potrzebna jest analiza i weryfikacja naszych relacji z publicznością. Musimy być bardziej obecni w przestrzeni miasta, zintensyfikować skalę działań promocyjnych, choćby poprzez wychodzenie z agresywną reklamą na zewnątrz. Powinniśmy też prezentować gorzowianom kreatywne postaci działające tu i teraz. Wernisaż wystawy Natalii Ślizowskiej przyciągnął do MOS wiele osób, które wcześniej nie wiedziały, że na Pomorskiej jest coś takiego jak galeria sztuki. Musimy też odbudować kontakty ze szkołami. Planuję w najbliższym czasie spotkanie m. in. z dyrektorką Liceum Plastycznego, aby omówić możliwości zbudowania dobrej współpracy.
A teraz, na zakończenie, co robi Gustaw Nawrocki jak wychodzi z MOS?
Moja praca nie ogranicza się do samej siedziby MOS; wychodząc z budynku nadal prowadzę rozmowy z artystami, obmyślam szczegóły dotyczące planowanych wystaw. Nie oznacza to jednak, że żyję tylko pracą, choć moja praca powiązana jest nierozerwalnie z moimi zainteresowaniami i trudno czasami znaleźć granicę. A tak zupełnie prywatnie, to lubię psy i koty. Aktualnie mieszkam u czterech kotów. Czytam, choć teraz, niestety, znacznie mniej. Ostatnio „Zapiski na pudełku od zapałek 86-91” – felietony Umberto Eco. Od 10 miesięcy jestem dziadkiem małej Ivanki. Tworzę też czasami różne formy z gliny, pomagam w ten sposób mojej żonie, która zajmuje się ceramiką. Od kilku lat myślę o powrocie do malarstwa, kiedyś mojego zawodu i pasji. Tak się jakoś ułożyło, że przestałem malować, ale to już inna historia. Staram się też mieć czas dla najbliższych, przyjaciół i znajomych.
Ina Czaińska
fot. Jan Wojtanowski