
Zaczynał swoją muzyczną przygodę w Gorzowie, teraz jest jednym z najlepszych jazzowych skrzypków na świecie. Muzyka Adama Bałdycha zmienia się wraz z jego kolejnymi doświadczeniami. Radość z bycia ojcem i płynący z niego spokój można dostrzec na jego najnowszej płycie „Poetry”.
Na ostatnim wydawnictwie powracasz myślami do miejsca, w którym zaczynałeś swoją karierę. Jaki wpływ miała na Ciebie edukacja muzyczna w Gorzowie?
Największy wpływ na mnie miało samo życie w Gorzowie. Ludzie, wyjątkowe miejsca i klimat. Myślę, że artysta wzrasta wśród tego, co go otacza. Wyjątkowo wspominam swoje lata spędzone w „ósemce” przy Dąbrowskiego, dyskusje z nieżyjącym już profesorem Kowalskim czy geografem panem Jarmołowiczem. Rozwijanie muzycznej wyobraźni pod okiem Grażyny Wasilewskiej w Szkole Muzycznej przy Teatralnej, kształcenie słuchu na trawie w parku przy Muzeum Lubuskim, pierwsze próby z zespołem w piwnicach PWSZ. Zwolnienia z zajęć pisał mi odręcznie poeta Kazimierz Furman, z którym grywaliśmy w szachy. Dużo było wokół mnie pięknych ludzi: Boguś Dziekański, mój brat Grzegorz, z którym rozkręcaliśmy jam session w klubie Mana Mana, dużo przyjaciół i muzyków. Te wspomnienia noszę do dziś i one wciąż rodzą dźwięki, które nie straciły swojej siły mimo upływu lat. Tak patrzę na Gorzów.
Jak ewoluowała Twoja muzyka przez lata? Czy wpłynęło na nią życie rodzinne, ojcostwo?
Moja muzyka dojrzewa wraz ze mną, nie jest w żadnym wypadku odseparowana od moich doświadczeń. Często przeglądam się w swoich dźwiękach i odnajduję odpowiedź na mój stan ducha, na otoczenie i problemy świata. Reaguję na nie jak barometr na zmianę ciśnienia. Obecnie bycie ojcem i radość jaką to niesie mogę dostrzec w tym, co tworzę. Mam w sobie spokój i chcę dzielić się światłem, jak ojciec, który mimo wielu niepokojów stara się być ostoją. Myślę, że moja muzyka niesie takie właśnie przesłanie: potrzeby budowania wspólnoty i dialogu, pokoju i piękna oraz celebrowania ciszy jako stanu, w którym ważne pytania mogą zostać zadane i poruszyć sumienie i wyobraźnię moich słuchaczy.
Jazz to piękna muzyka, choć niełatwa w odbiorze dla wielu słuchaczy. Czy masz jakiś sposób na uczynienie jazzu bardziej przyswajalnym dla przeciętnego odbiorcy?
Tak, mam! Wierzę w to, że każdy jest stworzony do słuchania pięknej muzyki, bez szufladkowania jej na konkretne gatunki. Stąd wiem, że wielu z moich przyszłych odbiorców po prostu jeszcze nie wie, że lubi jazz. Cieszę się, że mogłem wystąpić w serii Dobry Wieczór Gorzów, bo być może kilka osób, przypadkowo słuchających mojego koncertu odkryło, że nawet jeśli się tej muzyki nie rozumie, potrafi ona wzbudzać piękne i nieznane im dotąd emocje.
Od pewnego czasu grasz na skrzypcach renesansowych. Czy one różnią się od zwykłych i jak zmieniły brzmienie Twojej muzyki?
Skrzypce renesansowe zmieniły mój sposób gry i komponowania. Nie tylko różnią się brzmieniem, ale znakomicie wpisują się w moją potrzebę poszukiwania inspiracji w muzyce dawnej i próby wpisania jej we współczesny kontekst. Skrzypce renesansowe kupiłem po jednym z koncertów w Austrii, w małej górskiej miejscowości. Tego dnia grałem na nich do samego rana i wiedziałem, że mogę na nich wyrazić to, co dotychczas było niewyrażalne. Ich głęboki ton, chropowata faktura, poruszają mnie w niezwykły sposób, stąd coraz częściej właśnie na nich wykonuje swoją muzykę. Jestem też chyba jednym z niewielu właścicieli tego wyjątkowego instrumentu.
Czego słuchasz na co dzień? Skąd czerpiesz inspiracje?
Razem z moim synem uwielbiamy słuchać Mozarta, Joni Mitchell i Neila Younga oraz starych płyt jazzowych: Stephane’a Grapelli, czy Milesa Davisa. Uwielbiam słuchać, jak moja żona Karina śpiewa mu piosenki z jej regionu - Podkarpacia i Bieszczad. Myślę, że jestem zarówno człowiekiem czerpiącym inspiracje z miasta, jak i środowiska naturalnego. To są dwie odmienne energie, które nadają balansu mojemu życiu. W obu przypadkach znajdziemy nieskończoną ilość dźwiękowych inspiracji.
Czy jest taka muzyka, której teraz słuchasz, a którą kiedyś omijałeś z daleka?
Człowiek się zmienia i jego potrzeby również. Był czas, kiedy jako młody buntownik trzymałem się z dala od muzyki poważnej, chcąc na nowo zdefiniować brzmienie swoich skrzypiec. Nosiłem rock’and’rollową kurtkę i bliżej mi było do gitarowych riffów niż rozwibrowanych fraz wiolonczeli. Dziś współpracuję z niezwykłymi orkiestrami i dyrygentami, wnosząc swoje doświadczenia do świata muzyki poważnej i choć z większym zrozumieniem i dojrzałością, to wciąż buntowniczym charakterem. A na co dzień słucham muzyki z platform streamingowych, które podpowiadają mi bardzo ciekawych artystów. To bardzo dobry sposób na odkrywanie nowych muzycznych przestrzeni. Choć zdarza mi się też wpaść do sklepu z płytami winylowymi i wykopać prawdziwe skarby.
Zajmujesz się także komponowaniem muzyki do filmów i spektakli teatralnych. Czym różni się to od komponowania utworów, które grasz samodzielnie?
Kompozycje wykonywane na moich koncertach są pretekstem do improwizacji, a muzyka teatralna i filmowa wchodzi w dialog z obrazem, światłem, historią innych ludzi. Wciąż jednak wnoszę tam swój świat i swoje refleksje na tematy, których dotykam. Komponowanie jest formą improwizacji, a improwizacja elementem tworzenia kompozycji. To dla mnie praktycznie jedno i to samo.
Jak oceniasz cykl koncertów „Dobry Wieczór Gorzów”, wspólną inicjatywę naszych instytucji kulturalnych?
To była cudowna akcja. Dla mnie po roku pandemii, gdzie wszyscy dookoła bali się wykonać ruch, miasto dało przykład odwagi i energii, którą kocham. Spotkajmy się, działajmy! Wiemy czego chcemy, możemy dać przykład innym. Tak to odebrałem i było to bardzo ożywcze. Mogę zdradzić, że planujemy z miastem zrobić wspólnie kilka wspaniałych projektów, które będą prezentować moje najbardziej aktualne pomysły artystyczne. Myślę, że nasze energie twórcze dadzą fundamenty czemuś wyjątkowemu, a ja będę mógł spotkać się z przyjaciółmi z mojego miasta, bo tak traktuję Gorzów.
Jak bywasz w Gorzowie, gdzie lubisz tu spędzać czas?
Mam swoje miejsca: zawsze Pod Filarami i na spacerze nad Wartą, najlepiej niedaleko mostu żelaznego. Mam swoją ulubioną ławkę w parku Słowiańskim, w którym zawsze czytałem książki. Lubię wracać do Gorzowa, czuję się tu jak w domu.
Jan Wojtanowski
Fot. Magda Tracz