
Krzysztof Ostrowski jako mały chłopiec zaczynał od rysunków samochodów i domków. Z czasem rozwijał swoje umiejętności, również format jego prac był coraz większy. Dziś jest jest stypendystą Prezydenta Miasta oraz tworzy wielkoformatowe murale wraz z grupą ARToteka, które czynią naszą przestrzeń miejską bardziej atrakcyjną.
Skąd zainteresowanie sztuką i malowaniem? Pamiętasz swoje pierwsze rysunki?
Zaczęło się w domu. Babcia kiedyś malowała, ale to były czasy, kiedy z malowania nie dało się wyżyć ani nie było to postrzegane „poważnie” w mniejszych miejscowościach, gdzie głównym kierunkiem życia i pracy było rolnictwo. Miała więc dłuższą przerwę w tworzeniu aż do momentu, kiedy na świecie pojawiłem się ja. Często opiekowała się mną pod nieobecność rodziców, więc chłonąłem wszystko, co robiła. Zaczęło się od malowania samochodów, domków, a z czasem zaczęło to ewoluować. Będąc nastolatkiem zobaczyłem Leszka Michtę i jego prace i pomyślałem, że może warto spróbować i przekonać się na własnej skórze czym jest graffiti. Zacząłem się tym interesować i szukać na to akceptacji w domu, gdyż na tamten czas graffiti kojarzyło się głównie z wandalizmem.
Jak spojrzeć na pobazgrane budynki, to sporo grafficiarzy ciężko „pracuje” na to, by taki był właśnie wizerunek sztuki graffiti.
Każdy zaczyna od nielegalnego malowania. Nie ma możliwości, żeby np. wyuczyć się tego w szkole, nie ma żadnych kursów, szkoleń itd. Niektórzy zostają przy tym rodzaju, a inni obierają inną ścieżkę. Nie ukrywajmy, tworzenie graffiti to pewien zastrzyk adrenaliny i dla tych wybierających pierwszy scenariusz jest to sposób na jej dostarczenie. Jeśli nie niszczą nowych elewacji i zabytków i kierują się zasadami, czyli np. robiąc graffiti zakrywają jakieś wulgarne napisy czy wojny między klubami, to i tak wygląda to lepiej niż napisy tych, którzy ze sztuką niewiele mają wspólnego.
Jak się szkoliłeś w tej profesji?
Jestem samoukiem. Pomagał mi też kontakt z osobami między innymi z grupy grafficiarzy, z którą zaczynałem. Oni zobaczyli, jaką ścieżką idę i ukierunkowali mnie zapoznając z różnymi technikami. Oni też względem swoich początków zmieniali swoje poglądy na graffiti, bo zaczynali w latach 90. od brudzenia elewacji, a teraz tworzą plakaty, ilustracje czy murale. Ucięli ten etap „patologiczny”, na który tracili swój czas i ryzykowali opinię własną jak i dziedziny sztuki którą się zajmowali.
Co w przestrzeni miasta musiałoby się poprawić, żeby była ona bardziej estetyczna?
Choćby reklamy. Niestety nadal jest takie przekonanie, że jeśli coś jest krzykliwe i w bardzo wyrazistych kolorach, to bardziej przykuwa wzrok. Trąci to kiczem i na szczęście postrzeganie tego zmienia się w oczach społeczeństwa i ludzie intuicyjnie wiedzą, że jeśli ktoś musi reklamować się na siłę w ten sposób, to raczej jego produkty nie będą najwyższej jakości. Dobrym przykładem jest tutaj np. Wrocław czy Sopot, gdzie szyldy są dopasowane do przestrzeni miejskiej. W Gorzowie jeśli nawet stworzymy milion deptaków, zasadzimy ogrom zieleni, ale cała ta przestrzeń będzie „upstrzona” różnymi logotypami w różnych konfiguracjach, to nadal będzie to wyglądało jak tani jarmark czy bazar.
Czym są dla ciebie „filary sztuki”?
„Filary sztuki” można postrzegać na wiele sposobów. Na pewno nie jest to sposób na zarabianie czy na wypromowanie siebie. Na samym początku to był nasz poligon. Trenowaliśmy tam wszystkie techniki, których nie chcieliśmy od razu próbować na mieście, bo można było coś zabrudzić, zachlapać, zrobić zacieki. Mogliśmy przetestować różne rozwiązania, by potem stosować je przy pracach realizowanych już w przestrzeni miejskiej. To była nasza szkółka i w zasadzie nadal nią jest, bo choć poziom tych prac od 2012 roku jest już dużo wyższy, to nadal kombinujemy i szkolimy się by móc zaskoczyć czymś nowym
Przypomnijmy, mówimy o filarach pod mostem Lubuskim, za willą Pauckscha, na Wale Okrężnym. Dzięki Waszym pracom nieznane i dzikie dotąd miejsce zostało oswojone.
Filary powstały właśnie z myślą o przywróceniu tego miejsca miastu i mieszkańcom w nowej formie. To lokalizacja, która jest pośród zieleni, w otoczeniu pałacu, rzeki, gdzie przez nasze malunki możemy dalej przekierować ludzi do portu czy spaceru po wałach przy Kanale Ulgi. Dzięki nim nastąpiło przeciągnięcie szlaku spacerowego i zagospodarowanie przestrzeni nad Wartą, żeby mieszkańcy otrzymali choć trochę dodatkowej motywacji do spacerów w te często pomijane rejony Gorzowa. Przyroda choć piękna to sama w sobie nie wystarczy bo przecież zieleń jest też w parku praktycznie rzut beretem od domu. „Filary sztuki” to także swego rodzaju manifest, by zamknąć usta tym, którzy twierdzą, że w Gorzowie nie można nic zrobić, że nic się nie dzieje i że życie kulturalne umiera. To pokazanie, że sztuka uliczna nie musi być dotowana z Urzędu Miasta, że jeśli się chce, to można samemu te parę złotych wysupłać, żeby zrealizować swoją pasję, zrobić coś dla innych i zobaczyć uśmiech na twarzy, który jest największą zapłatą za to wszystko. Budujące są też pozytywne opinie, które krążą o tym miejscu, że warto tam pójść, że staje się to atrakcją w mieście. To napędza, żeby tworzyć więcej i lepiej.
To także miejsce, w którym można obcować ze sztuką, jednak w innych okolicznościach, niż instytucje kultury.
Jeśli chodzi o wystawy w takich instytucjach kultury, to na pewno nie przedstawi się tam tak dużego formatu. Poza tym często wielu ludziom kojarzą się one z ładnym ubiorem, wyjściem na określoną godzinę, gdzie obowiązuje kultura słowa i zbiera się tam śmietanka artystyczna, w której trudno będzie się odnaleźć. A tutaj pojawia się sztuka, która daje każdemu chociaż namiastkę obejrzenia czegoś tak, jak w galerii. Jednak w odróżnieniu od niej można tu jeść, pić, przyjść w krótkich spodenkach i nikt nie będzie ich za to oceniał. A przyjeżdżają tutaj ludzie z różnych światów: panowie w garniturach i w najnowszych mercedesach, bezdomni, uchodźcy z Ukrainy, turyści czy całe rodziny z dziećmi. Te twarze wymalowane na filarach są na tyle różne, że mogą prowokować do rozmów międzypokoleniowych.
Jest jakiś klucz wyboru tych osób?
Zaczynaliśmy od fikcyjnych postaci. Ale są tam także artyści, którzy grają w ramach koncertów organizowanych przez „Wartownię” i których słuchamy od wielu lat. Są także postaci, które już nie żyją i chcieliśmy je w ten sposób upamiętnić, bo coś osiągnęły i wniosły coś w nasze życie, choć czasem totalnie się z nimi nie zgadzaliśmy. Dzięki takim muralom ślad po nich pozostaje dłużej, niż tylko jednodniowa wzmianka w mediach o śmierci. Można też tam zobaczyć postaci z naszego otoczenia: rodziny, znajomi, współpracownicy, które malowaliśmy przy różnych okazjach, np. urodzin. W tych malunkach chyba, chodzi przede wszystkim, o pokazanie osób, które chcemy wypromować, wynagrodzić, upamiętnić, czy uhonorować za to, że nas inspirują zarówno przy pracy jak i do dalszej pracy. Jedyne, czego nam się jeszcze nie udało zrealizować, to zrobienie kodów QR, dzięki którym będzie można dowiedzieć się, kto znajduje się na danym muralu i to chcemy możliwie szybko naprawić.
Jako ARToteka prowadzicie warsztaty dla dzieci. Czym się różnią takie zajęcia chociażby od lekcji plastyki w szkole?
Dla mnie warsztaty to pewnego rodzaju substytut mojej dawnej działalności harcerskiej, czyli pracy z dzieciakami. Później połączyło to się z tym, by oswoić je z farbą w sprayu, której w szkole nie mają, żeby obsługiwały ją w umiejętny i pożyteczny sposób. Żeby nie powielali błędów z mojego dzieciństwa i nie musieli próbować na własną rękę z kolegami, zrzucając się w trójkę na jedną farbę, by ostatecznie robić bohomazy na nowej elewacji. Tego typu zajęcia mają też na celu wykształcić u nich poczucie estetyki, pokazać zarówno im, jak i opiekunom, że graffiti to też pełnoprawny rodzaj sztuki, choć często pomijany w szkole, a nie wandalizm. I że to wcale nie jest takie łatwe, jak się wydaje, bo po takich godzinnych warsztatach młodych adeptów często bolą palce, dłonie lub całe ręce.
W szkole nie mogą też swobodnie malować w takim formacie.
Tak, przez to właśnie duży format to jest dla nich abstrakcja. Przykładowo dla nas arkusz 2 x 2m to jest mało miejsca, a dla nich tak dużo, że nie wiedzą, czym to zapełnić. Czasem jak mają projekt na kartce i mają przenieść go na ścianę, to jest nawyk szkolny, że przykładowo z rysunku 10-centymetrowego zrobią maksymalnie 30 centymetrów, bo starają się ograniczyć to do maksimum formatu stosowanego w szkole czyli do tzw. brystolu.
Która twoja praca jest dla ciebie powodem do dumy?
To z pewnością nie jest jedna praca. Ale na pewno jeśli chodzi o koncept, to będzie to potocznie zwana wykreślanka na Piaskach, czyli mural na bloku przy ul. Sczanieckiej. Spontaniczny pomysł zrodził się w 15 minut. A potem to były już długie tygodnie przygotowań i planowania. Ten projekt to jest coś, co wyróżnia się na arenie ogólnopolskiej. Pokazało, że Gorzów też potrafi robić kreatywne murale, które łamią konwenanse tego, że to zawsze piękna grafika z milionem kolorów. Ta ściana pokazała, że może być czymś, co zmusi do myślenia, a przez aspekty regionalne i po części historyczne połączy kilka pokoleń i zmusi do rozmów i uśmiechów przez przywoływanie wspomnień. Poza tym, to kolejna odsłona stworzonego dawno temu przez nas hasła „Znikło, czaisz?”, które traktujemy trochę jak nasze dziecko, które dorasta i z którego jesteśmy dumni, że niczym pełnoprawny mieszkaniec naszego miasta bierze aktywny udział w kreowaniu naszej miejskiej codzienności.
Jan Wojtanowski
Fot. Jan Wojtanowski