Bycie artystą to rodzaj „sportu ekstremalnego”

Zdjęcie do Bycie artystą to rodzaj „sportu ekstremalnego”

Co musi umieć rzeźbiarz? Przydaje się historia sztuki, ale też chemia, fizyka, geometria. Z praktycznych – umiejętność spawania, odlewania metali, posługiwania się piłą motorową, szlifierką kątową, dłutem i pobijakiem opowiada Andrzej Moskaluk.

Andrzej Moskaluk to ceniony rzeźbiarz, artysta, twórca wielu pomników, które na stałe wpisały się w miejski krajobraz. Swoje pierwsze odlewy z cyny tworzył w dzieciństwie z dziadkiem, który był dla niego autorytetem. Zamiłowanie do sztuki przez lata rozwijało się, a pasja twórcza towarzyszy mu po dziś dzień mając swoje zwieńczenie w wielu wyjątkowych dziełach.

Jakie były początki pana artystycznej drogi? Co spowodowało, że poświęcił pan swoje życie sztuce? 

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Odkąd pamiętam, zawsze interesowały mnie różne formy przestrzenne. Ciągle coś budowałem, składałem. Ale też rysowałem. Z całą pewnością, wielką inspiracją był dla mnie dziadek Michał, z którym w dzieciństwie spędzałem bardzo dużo czasu. Godzinami obserwowałem, jak pracuje, hoduje zwierzęta, naprawia różne przedmioty, gra na wielu instrumentach. Był dla mnie wielkim autorytetem. To razem z nim robiłem w ogrodzie pierwsze odlewy z cyny, pierwsze figurki żołnierzy i rycerzy ze zużytych metalowych tubek po paście do zębów.

Te zainteresowania zostały ze mną na dłużej. W ogólniaku byłem laureatem olimpiady artystycznej. Zanim rozpocząłem studia, po maturze przez rok pracowałem w pracowni plastycznej Teatru Osterwy w Gorzowie. Studia na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu były więc naturalną konsekwencją moich dotychczasowych zainteresowań.

Lubi pan tworzyć? 

Nie jestem pewien, czy to jest kwestia lubienia. Raczej jakiegoś wewnętrznego imperatywu. Jeśli chodzi mi po głowie jakiś pomysł, muszę go zrealizować, osadzić w przestrzeni.

Pamięta pan swoją pierwszą rzeźbę? 

Czy ja wiem? Być może były to właśnie te figurki odlewane w ognisku w ogrodzie dziadka. One jednak nie miały nic wspólnego ze sztuką. To były swojego rodzaju wprawki, zabawy, rozszerzenie zainteresowania historią, militariami, materiałami, które można było przetwarzać, zmieniać, kształtować. Rzeźba w kontekście sztuki to zupełnie co innego. Chyba nie pamiętam „tej pierwszej”. Pamiętam natomiast wysiłek i emocje związane w tworzeniem kolejnych prac na studiach. Docent Hanna Brzuszkiewicz była bardzo wymagająca, krytyczna i ostra. Oczekiwała pełnego zaangażowania i ciężkiej pracy. Ten styl bardzo mi pasował. I nadal pasuje. W rzeźbie chodzi właśnie o tę codzienną, konsekwentną pracę z materią, wypełnianie jej treściami, które są dla mnie ważne i ciekawe.

Co pana najbardziej inspiruje? 

Wiele rzeczy i tematów! Z całą pewnością natura. Dlatego lubię takie materiały jak drewno czy kamień. Lubię je łączyć, przetwarzać, poddawać zmianom wynikającym z upływu czasu lub oddziaływania sił natury. Ale lubię też metal – jego zmienność. A ostatnio bardzo inspiruje mnie także plastik i wszelkie odpady. Trash art pozwala z rzeczy pozornie zniszczonych, odrzuconych i niepotrzebnych zrobić coś, co dostaje nie tylko nową formę, ale także zupełnie nową wartość i jakość. To świetna metafora naszych czasów. Nie uważa Pani?  Bardzo interesuje mnie także historia, antropologia kultury, fenomenologia, religioznawstwo… Jednak największą inspiracją byli, są i pewnie będą dla mnie ludzie. Szczególnie ci odrzuceni, niezrozumiani, marginalizowani. Od lat pracuję – jako nauczyciel, ale też arteterapeuta, instruktor samodzielności czy streetworker – z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, w kryzysie bezdomności, cierpiącymi na chorobę alkoholową czy ze spektrum autyzmu. Zmiana perspektywy, towarzyszenie osobom nienormatywnym uzmysławia, że nic nie jest takie, jak się wydaje. Gorzowianie mogli się o tym przekonać podczas paru edycji wystawy prac osób z niepełnosprawnością intelektualną „Świat emocji w sztuce”, których byłem kuratorem w latach 90.

Jest pan autorem statuetki Motyla, którą od 24 lat honorowani są ludzie kultury w Gorzowie. Każda z tych statuetek jest co roku  inna. Dlaczego? 

Przede wszystkim z szacunku dla ludzi kultury w Gorzowie. Wszyscy oni zasługują na to, by otrzymać coś unikatowego. Ale też nie chciałbym przez 24 lata robić wciąż tej samej rzeźby. To byłoby straszne!

Jak teraz żyje się artystom, czy tworzenie to trudny kawałek chleba? 

Bycie twórcą to rodzaj „sportu ekstremalnego” – jest trudne, wymagające najróżniejszych poświęceń i przynoszące – poza sukcesami – wiele rozterek.

Stworzył pan wiele rzeźb, pomników, które na stałe wpisały się w miejski krajobraz. Ma pan swój ulubiony?

To tak, jakby zapytała mnie pani, które z dzieci lubię najbardziej! A tak serio – mam sentyment do Szymona Giętego. To jeden z pierwszych moich pomników bez cokołu, upamiętniający kogoś ważnego nie przez swą wielkość, ale dzięki inności, wyjątkowości i osobności.

Jakie umiejętności trzeba mieć, żeby rzeźbić? 

Bardzo różne. Przywołana już przeze mnie doc. Brzuszkiewicz mawiała, że rzeźba to 90 proc. ciężkiej pracy fizycznej i 10 proc. artyzmu. Coś w tym jest. Z umiejętności teoretycznych, przydaje się historia sztuki, ale też chemia, fizyka, geometria. Z praktycznych – umiejętność spawania, odlewania metali, posługiwania się piłą motorową, szlifierką kątową czy dłutem i pobijakiem.

Czy to jest tak, że efekt końcowy jest zgodny z zamysłem, czy jednak gdzieś w drodze tworzenia zmienia się koncepcja, pojawia się improwizacja? 

Improwizacją bym tego nie nazwał, bo staram się trzymać projektu. Ale... tak, zdarzają się jego modyfikacje.

Czy pana twórczość jest gdzieś prezentowana? 

Miałem wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych. Uczestniczyłem w plenerach artystycznych. Moje prace można odnaleźć w przestrzeni miejskiej Gorzowa. To tzw. aleja sław na Starym Rynku, czyli tablice upamiętniające takich gorzowskich twórców, jak Jan Korcz, Wiesław Strebejko, Jerzy Szalbierz, Zdzisław Morawski czy Henryka Żbik-Nierubiec.  Jest kilka pomników bez cokołów: Szymona Giętego, Edwarda Jancarza, Ernsta Henselera, Włodzimierza Korsaka, Kazimierza Furmana. W Bibliotece Herberta znajdują się moje prace z cyklu „Leśne Igraszki”, ale także popiersia gorzowskich pisarzy, m.in. Jana Grossa, Ireny Dowgielewicz, Kazimierza Furmana, Zdzisława Morawskiego. Rzeźby w stylu trash art znajdują się w kolekcji Inneko oraz na polu golfowym Zawarcie.

„Moja” aleja sław jest też przed Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze. Pomniki mojego autorstwa można znaleźć również w Warszawie czy Czarnkowie. Mniejsze formy są w kolekcjach prywatnych i różnych instytucji w całej Polsce, ale też w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Austrii, Francji czy Szwecji.

Czy jest takie dzieło, o którym chciałby pan zapomnieć?

Nie. Gdybym z jakiegoś dzieła był niezadowolony, nigdy nie opuściłoby mojej pracowni.  

 

Karolina Machnicka

fot. Klaudia Guszpit

 

powrót  do kategorii
Poprzedni Następny

Pozostałe
aktualności