Z filharmonii na osiedla

Zdjęcie do Z filharmonii na osiedla

Czwórka muzyków, dwa małżeństwa, jeden zespół. Choć na co dzień grają w filharmonii, to możecie ich znać… ze swojego osiedla. Dzięki nim w Gorzowie rozbrzmiała muzyka folkowa z różnych stron świata. Ich zeszłoroczne plenerowe występy były pierwszymi koncertami w mieście, zagranymi na żywo od momentu ogłoszenia pandemii. Co ciekawe, właśnie podczas pandemii, stali się bardziej rozpoznawalni.Dlatego o zespole Folkfor warto dowiedzieć się nieco więcej.

Zespół tworzą Paulina Tobis (skrzypce, instrumenty perkusyjne), Natalia Chmurczyk (ukulele, bęben obręczowy, kontrabas), Mateusz Rzytka (kontrabas, instrumenty perkusyjne), Grzegorz Tobis (klarnet, cajon, bęben obręczowy, aranżacje).

Gracie na co dzień muzykę klasyczną. Jak to się stało, że gracie razem folk?

Mateusz: Nie planowaliśmy założenia zespołu z muzyką folk. Zaczęło się dosyć spontanicznie, od wspólnego grania podczas audycji dla dzieci – Muzycznych Raczkowań. Graliśmy tam na innych instrumentach niż gramy na co dzień. To było kluczowe, bo prostota tej muzyki dla dzieci trochę nas ratowała. (śmiech)
Była to dla nas przede wszystkim dobra zabawa i rozwinięcie innych horyzontów muzycznych. Jakoś tak naturalnie wyszło, że może coś zagramy razem, może jakiś jeden koncert. Pomyśleliśmy, że mogliśmy razem zacząć grać muzykę i z tego wyłonił się zespół. Grzesiu jako największy znawca i specjalista nadał temu kształt folkowy i nadal to robi – komponuje muzykę, aranżuje i jest menedżerem, więc to na jego barkach spoczywa najwięcej pracy. My tylko spijamy śmietankę. (śmiech)
Grzegorz: Spory wpływ miał na mnie lokalny folklor. Mimo, że jako dziecko terytorialnie mieszkałem w województwie opolskim, to istniał tam silny wpływ folkloru Ziemi Wieluńskiej. Tam grałem w kapeli od szóstego roku życia. Jeździliśmy na takie coroczne przeglądy zespołów ludowych, początkowo do Częstochowy,
później do Opola. Tamta muzyka jest mi bliska do dzisiaj.

Gracie muzykę polską, bałkańską, klezmerską, irlandzką. Czy któraś z nich sprawia wam największą frajdę na scenie?

G: To zależy od utworu. Niektóre bardziej nam się podobają, wyzwalają więcej energii, inne trzeba odłożyć, bądź nad nimi popracować. Pewne utwory lepiej sprawdzą się na koncercie dla dzieci, inne w plenerze, a inne na koncercie kameralnym. Ostatnio jest dla nas bardzo ważna muzyka polska. To się narodziło wraz ze stypendium, przyznanym nam w ramach projektu „Kultura w sieci”. Dzięki temu nagraliśmy utwory inspirowane zbiorami Oskara Kolberga. Projekt rozrósł się i stworzyliśmy już z niego cały program koncertowy. W założeniu miało to być tylko 8 utworów, a teraz jest ich dużo więcej – ponad godzina muzyki. Na koncertach doskonale jest też odbierana muzyka bałkańska.

Jak pandemia wpłynęła na waszą działalność?
Paulina: Wbrew pozorom wpłynęła całkiem pozytywnie. Po początkowym okresie stagnacji mieliśmy dużą potrzebę, żeby zacząć coś robić. Wtedy pojawił się pomysł, żeby złożyć wniosek o stypendium „Kultura w sieci”, które dostaliśmy i rozpoczęliśmy projekt z muzyką polską. 

M: Pomimo tego, co się działo w kulturze, to jednak dużo skorzystaliśmy w tym czasie. Co prawda nie można było grać koncertów, ale po raz pierwszy w okresie stagnacji i niepewności, znaleźliśmy sposób na to, żeby cały czas grać. A działalność online pomogła nam w dotarciu do szerszego grona słuchaczy. To nas trochę wypchnęło, nawet poza ramy Gorzowa.

G: Jak wszystko, to miało swoje dobre i złe strony. Z jednej strony siedzieliśmy w domach i mieliśmy dużo czasu na realizację różnych pomysłów, ale mniej na aktywność koncertową. Z drugiej strony te sygnały dochodzące do nas, że ludzie bardzo potrzebują kultury i czekają na nią, były bardzo krzepiące. A w czasie pandemii dochodziło do nas dużo więcej takich głosów niż wcześniej.

Tak brakowało wam kontaktu z publicznością, że wyszliście niemal pod nasze okna. Czym się różnią takie koncerty od tych w sali koncertowej filharmonii?

G: Różnią się tym, że na sali koncertowej jesteśmy jednymi z wielu muzyków. Jesteśmy daleko od publiczności, której uwaga jest bardziej rozproszona na całą orkiestrę. Jak gramy z zespołem to jesteśmy fizycznie bliżej słuchaczy. Sam charakter muzyki, którą gramy skraca dystans pomiędzy wykonawcą, a odbiorcą. Wyzwala to często bardzo entuzjastyczne reakcje. W przypadku orkiestry kontakt z publicznością najczęściej kończy się wraz z końcem koncertu. A jak gramy z zespołem, to później ludzie podchodzą do nas, chcą porozmawiać. To jest bardzo ważne dla muzyków i daje nam dużą satysfakcję i motywację. Oczywiście,
pod warunkiem, że te opinie są pozytywne. (śmiech)

M: Grając z zespołem jesteśmy bardziej na widoku. To nas mobilizuje do pokazania emocji. Te koncerty w plenerze to też trochę przygoda, również z perspektywy ich organizacji. Są bardziej nieprzewidywalne, czasem pogoda płata figle. W filharmonii jesteśmy oddzieleni od tych różnych czynników, wtedy jest to bardziej szacowne i przewidywalne.

G: To było dla mnie duże przeżycie. Gdy w zeszłym roku koncerty skończyły się w marcu, to w czerwcu, nasze koncerty plenerowe, były pierwszą po tych trzech miesiącach muzyką zagraną na żywo w Gorzowie!

M: W zeszłym roku chcieliśmy grać przede wszystkim dla ludzi, którzy nie mogli wyjść z domów. Pomyśleliśmy, że spełniając wszystkie obostrzenia, zagramy dla nich. To się na tyle sprawdziło, że w tym roku zagramy już dla większej publiczności.

Jakie macie plany na tę najbliższą i dalszą przyszłość?

G: Na pewno chcielibyśmy wydać płytę z muzyką polską. To nam się układa w spójny całościowo program, który pokazuje polskie melodie z różnych regionów. Wydanie płyty często pozwala wspiąć się na wyższy poziom. Przed żadnym koncertem nie robi się aż tyle prób, co przed nagraniem. Jak wiadomo, to dosyć kosztowne i skomplikowane przedsięwzięcie. Dojrzewamy do tego powoli i mocno liczymy, że się uda. Najważniejsze jest dla nas jednak granie koncertów. Mamy nadzieję, że jak kultura ruszyła, to i ruszą nasze koncerty. Cały czas pracujemy, żeby poszerzać nasz repertuar. Teraz przygotowujemy się do koncertu w ramach Dobry Wieczór Gorzów, który zagramy 24 lipca.


Jan Wojtanowski

 

Tekst ukazał się w numerze 4/263 GWS, który można przeczytać w całości w wersji elektronicznej tutaj.

powrót  do kategorii
Poprzedni Następny

Pozostałe
aktualności